[GSB] Piotrek Kłosowicz …relacja

image

Styl przejścia tego faceta bardzo mi się podoba

tu relacja

http://napieraj.pl/index.php?option=com_multicategories&view=article&id=180

 

 

wklejka z napieraja ..lubię gromadzić takie super teksty …a tu mi się nie zgubi

Główny Szlak Beskidzki czyli „Per aspera ad Ustroń”




Początek szlaku i dowód aktu wandalizmu
Główny Szlak Beskidzki (GSB), był zawsze dla mnie celem oczywistym, zważywszy na moje mocno turystyczno-górskie korzenie. Zresztą takie pomysły trawersów całych pasm, czy pokonywania długich szlaków w całości pociągały mnie od zawsze. U nas z niewiadomych powodów prawie nikt takich rzeczy nie robi na sportowo, a np. we Francji, czy w Stanach, jest to w zasadzie odrębna dyscyplina - „fastpacking”. Ludzie biją rekordy na szlakach alpejskich, zbierają na czas wszystkie czterotysięczniki w Rockies, czy realizują jeszcze inne bardziej kosmiczne projekty. Szczytem tego wszystkiego jest „skyrunning”, czyli długodystansówki wysokogórskie: trawersy pasm, czy wbieganie na jakieś niewiarygodnie wielkie góry, z Everestem włącznie.
Krótko mówiąc, imponuje mi to strasznie, ale realnie na wyjazd na GSB nie mało wielkiego wpływu. Po prostu kiedyś zacząłem biegać. Tak po prostu. A dopiero po jakimś czasie zacząłem naprawdę biec. I od tego czasu biegnę. Jak Forest. To brzmi strasznie patetycznie, ale tak rzeczywiście jest. Gdy pierwszy raz poczułem radość i swobodę wynikające z długodystansowego biegu, to zawładnęło mną to zupełnie. Myślę, że wielu z Was ma to samo. Gdy raz poczujesz, że potrafisz przemieszczać się szybko, zastanawiasz się: „A po co zwalniać”. Jakby miało Cię coś ominąć, jeśli się zatrzymasz. Dalej. Szybciej. Nie wymyślę sobie teraz lajtowego wyjazdu, bo dlaczego miałbym? Co jest kilometr dalej? Co będzie, gdy pobiegnę jeszcze godzinę?
Na biegu dookoła Blanca wymyśliłem, że GSB pobiegnę jeszcze we wrześniu. I rzeczywiście, minęły niecałe dwa tygodnie, nie zregenerowałem się nawet jeszcze porządnie po tej imprezie, kiedy udało mi się załatwić „wrześniowe sprawy” na uczelni. No więc jadę. Jutro. Zajrzałem do netu, przeanalizowałem tabelkę z odległościami na szlaku i spróbowałem podzielić sobie bieg na etapy. Wiedziałem, że biegnę na tydzień. To było z jakiegoś powodu oczywiste, nie wiem czemu. Podział na etapy zupełnie mi nie szedł, więc stwierdziłem, że jakoś to będzie. Wyjdzie w praniu.
Godzinę przed wyjazdem na dworzec zacząłem się pakować. Nie jechałem przecież na koniec świata, więc postanowiłem wziąć nic. I jeszcze trochę rzeczy niezbędnych. Mogę wyliczyć, długo to nie zajmie. Plecak Quechua 20 l z kamelem a do niego: 3 razy majty, 5 razy skarpetki, 3 koszulki, polarek setka, kurtka rowerówka, czapka z daszkiem, podstawowa apteczka, podstawowe rzeczy do mycia, zamiast ręcznika ściereczka do zmywania, lycry, krótkie spodenki biegowe, polarowe rękawiczki. I sporo batonów musli. Jeszcze aparat, komóra i hajs. A, i kije. Wszystko. Żadnych map, zapomniałem nawet zabrać rozpiskę kilometrażu.
Wybór butów był pewnym problemem, choć nie mam pełnej szafy obuwia. W końcu zdecydowałem się na swoje treningówki, czyli trailowo-szosowe Asicsy Gel Enduro. Nazwa brzmi groźnie, ale to raczej miękki i mało stabilny but. Zadecydowało to, że mają miękką amortyzację (choć tylko w pięcie), i są raczej obszerne, czyli pomieszczą nogi po kilku dniach. Czy był to dobry wybór napiszę później, żeby nie uprzedzać faktów.
GÓRY

Tarnica wieczorem
W piątek rano wylądowałem w Ustrzykach Górnych, a ponieważ lało, zaszyłem się w knajpie i cały dzień poświęciłem na różnego rodzaju konsumpcję, żeby nadrobić za następne dni. Wieczorem przemieściłem się dla rozruchu do Wołosatego, zamelinowałem się w tak zwanym „hoteliku” 200 metrów od początku szlaku, przygotowałem wszystko na rano i usnąłem snem sprawiedliwego. W pół do piątej zostałem brutalnie obudzony przez budzik, czyli się zaczęło. Okazało się, że muszę jeszcze obudzić panią szefową, żeby mnie wypuściła, w efekcie o godzinie 5:04 po pamiątkowej fotce (poranny muł na twarzy) wreszcie ruszyłem.

Start i poranny muł na twarzy
1 dzień
Strasznie byłem nabuzowany, ale postanowiłem się hamować, więc potruchtałem a gdy zrobiło się do góry, po prostu szybko podchodziłem. I tej techniki trzymałem się do końca: płasko – trucht, do góry, szybkie podejście, w dół – wolny i ostrożny zbieg. Trasa dobrze znajoma, pogoda słoneczna, ale nie gorąco – sama przyjemność. W Chatce Puchatka dowiedziałem się od wycieczki pięćdzięsięciokilkuletnich pań, że moje lycry są strasznie sexy i czy nie zostałbym z nimi. Umotywowany przyspieszyłem.
Strasznie szybko mi szło przez te Bieszczady i w efekcie jakoś po 16:00 byłem w Cisnej. To był 64 km, czyli wcześnie, ale następna była dopiero Komańcza na 97-ym. Już wiedziałem, że pobiegnę dalej, bo czułem się bardzo dobrze. Jeszcze tylko szama w barze i dalej do boju. Wysoki Dział, szedł mi już trochę wolniej, przed przełęczą Żebrak zaczęło zmierzchać. Ledwo założyłem czołówkę, 200 m za przełęczą widzę przed sobą dwa światełka. Standard – jakieś zwierzę się na mnie gapi. Tylko rozstaw oczu jakiś spory. Podbijam więc jasność i już widzę kontury. 30 metrów przede mną stoi w poprzek szlaku żubr i sobie dyszy. „Huhu”, zrobiłem ciesząc się strasznie, bo jeszcze nigdy nie widziałem z tak bliska żubra na wolności. Postaliśmy tak sobie ze 30 sekund patrząc się na siebie, po czym żubr parsknął i pokłusował w krzala 20 metrów dalej. Minąłem go spokojnie a On pożegnał mnie przyjacielskim chrząkaniem. Jeszcze tylko Chryszczata, potem sporo pań na „k” wyleciało z moich ust na płynącym błotem dobiegu do Duszatyna, asfaltowo-leśna końcówka i wreszcie PTTK w Komańczy. Razem 99 km i 17,5 h.
2 dzień
Postanowiłem pospać dłużej, żeby się zregenerować po sporym, bądź co bądź, wysiłku, wszamałem porządne śniadanie i dopiero koło 8:00 ruszyłem. Oj, dziś już nie było tak leciutko. Mięśnie w porządku, ale jakoś tak ogólnie mniej gibko i stopy już czuć trochę. Poza tym zaczęła się moja zmora na następne dwa dni. Leśne błoto i poranna rosa na licznych łąkach. Czyli prawie do południa w mokrych butach. Ale póki co nic to, jeszcze do przeżycia. Pogoda świetna, ciepło i jakoś tam się leci. Tego dnia: zielonoświątkowcy, dwa uzdrowiska (Rymanów, Iwonicz), trochę błądzenia (bo szlak za Iwoniczem jakoś tak „nie bardzo” oznakowany, zrobiłem swój wariant sąsiednim grzbietem i przez krzala, ale wreszcie jakoś wylądowałem w Lubatowej, gdzie znowu szlak się znalazł. Trochę wstyd zgubić główny szlak na „swoim” terenie), ładna góra, czyli Cergowa, święte miejsce i wreszcie robi się ciemno. Już wczoraj postanowiłem, że po ciemku nie będę latał, bo tempo żałosne a człowiek dużo bardziej się męczy, bo trzeba się bardziej koncentrować na pilnowaniu szlaku i wypatrywaniu przeszkód. Wypatrzyłem więc sobie przed Chyrową ładną ambonę, ściągnąłem buty, założyłem kurtkę i rękawiczki, przykryłem się enercetą i walnąłem w kimę. Trochę twardo było, ale do przeżycia. Dziś 71 km w 13,5 h.
3 dzień
Rano wstałem „rześko czując się i młodo” wszamałem zabunkrowaną kiełbę i trochę sera żółtego i przed 6:00 z lekkim oporem materii zacząłem zbiegać do wsi. Znowu buty od razu mokre, odciski, już całkiem spore i nie wyleczone dziś w nocy, protestowały, więc przemieszczać się było ciężej. Ale mam swoją rozrywkę. Walczę z czasami PTTK-owskimi podawanymi na tabliczkach. Generalnie chodzi o to, żeby wyrobić w mniej niż połowę podanego czasu. Na podejściach raczej się udaje, na zbiegach nie bardzo. Dzisiaj zresztą sporo pit-stopów, czyli, jak sama nazwa wskazuje, przerw poświęconych na pielęgnację stóp. Bolą, ale to na szczęście tylko odciski i lekkie mózgostopie, żadnych obtarć do mięsa itp. Odpowiednie (krzywe) ustawienie stóp i można truchtać. Na stromych zbiegach jest najciężej. Podejścia zaczynają być moją ulubioną formą przemieszczania się. W zasadzie nie obraziłbym się, gdyby ten szlak był cały czas pod górkę. Pod koniec dnia mijam nasz firmowy teren, czyli bazę namiotową SKPB Warszawa w Regetowie (zapraszamy ;-), dobry teren na treningi biegowe i rowerowe), w pół godzinki wlatuję z bazy na Kozie Żebro (jestem w szoku), na grzbiecie ścigam się ze stadem kilkunastu jeleni (piękny widok), jeszcze zbieg i już Hańczowa. Starczy na dziś, czas na nocleg. Wychodzi,że zrobiłem raptem 58 km w 13 h.
4 dzień
Dziś ważny motywacyjnie dzień, przekroczę połówkę. Najpierw trzeba do Krynicy. Początek idzie świetnie, za Ropkami okazuje się, że chyba specjalnie dla mnie wyrąbali przez grzbiet (po szlaku) nowiutką równą drogę na miejsce starej stokówy. Kilometry uciekają. Jeszcze trochę moczenia nóg w trawie na polach i dobiegam do Mochnaczki. Teren niby świetnie znam, ale gubię szlak. Jestem wk....wiony. Nigdy tym szlakiem dokładnie tam nie chodziłem, ale teraz nie chcę robić żadnych własnych wariantów, chcę biec dokładnie nim. Wreszcie znajduję skręt, który minąłem. Skręt prosto w pokrzywy. Podążam przez jakiś czas za idiotycznymi kombinacjami szlaku, wreszcie olewam to i lecę przez łąkę najprostszą drogą, po to by kawałek po wejściu do lasu co? Oczywiście znaleźć szlak. (W tym miejscu chcę serdecznie pozdrowić osoby, które ustalały przebieg szlaku i znakowały go w Mochnaczce Niżnej, bo to najgłupiej poprowadzony i najgorzej oznakowany kilometr na całej długości szlaku. Gratuluję Państwu, gorzej się tego zrobić nie dało.)
Potem jest Krynica. Swoimi pięknymi lycrami i kijami, oraz ogólną prezencją wzbudzam sporą sensację wśród kuracjuszy. Dodatkowo kuśtykam, więc gapią się wszyscy i słyszę mnóstwo teorii na to, kim jestem. Już wiem jak się czują trenujący sportowcy niepełnosprawni. Przejścia przez takie miejsca strasznie mnie deprymują i wkurzają, bo zajmuje to zwykle sporo czasu i ląduje się na chwilę w jakimś zupełnie innym świecie. Ja chcę z powrotem w góry!
Wreszcie zaczyna się Beskid Sądecki. Szybko wchodzę na Jaworzynę, po czym mogę dłuuugo biec sobie równym pasmem. Sama przyjemność, choć stopy dokuczają, ale tu akurat średnio to przeszkadza. Zacznie jednak na przeraźliwie stromym zbiegu do Rytra. No, ale jest motywacja. Na dole czeka na mnie placek po rytersku, król placków z sosem gulaszowym w Polsce ;-).

Placek po rytersku! Sorry, musiałem to pokazać ;-)
Po jedzeniu podkręcam tempo. Robi się późno a ja mam jeszcze kawał do sensownego celu, czyli schroniska na Przehybie. Podchodzę w jakimś strasznym tempie (prawie 6 km/h pod górę), gdy mijam Radziejową, mogę odpuścić. Już jestem blisko, wiem, że dotrę o ludzkiej porze i spokojnie spacerkiem docieram do schroniska podziwiając wspaniałe rozgwieżdżone niebo. 66,7 km w 15 h.
Dzień 5
Wiedziałem, że dziś będzie ciężko i kryzys motywacyjny, bo trasa w dużej części pokrywa się z trasą Maratonu Gorce i teraz z całym okrucieństwem zostanie mi dowiedzione, o ile wolniej się poruszam niż na świeżo. Na początek jednak długi zbieg do Krościenka. Informacja dobra jest taka, że dziś lepiej ze stopami i nie ma mokrej trawy. Czyli wreszcie rano suche buty! Informacja gorsza jest taka, że szybko robi się gorąco. I rzeczywiście przemieszczam się duuużo wolniej niż na Maratonie. Następuje ogólny muł, niby coś biegnę i idę, ale generalnie zajmuję się jedzeniem jeżyn. Zresztą, jest to moja zmora od początku wyjazdu, bo jeżyny są przepiękne i co chwila mówią mi: „Zatrzymaj się na chwilę, co ci zależy?”. Dziś jest z tym najgorzej. Ale jakoś tam się przemieszczam, mijam Gorce, docieram do Rabki i uświadamiam sobie, że nie mam szans dotrzeć o ludzkiej porze do schroniska na Hali Krupowej. Czyli celem jest Jordanów. Poza tym za Rabką zaczyna się jeden z niewielu odcinków szlaku, których nie przechodziłem. Widać od razu, że nikt tam nie chodzi (bo po co?), oznaczenia są beznadziejne, ja jestem zmęczony a do tego jest beznadziejnie brzydko. Odcinek przejścia przez Zakopiankę to syf, kiła i mogiła. Potem następuje dłuuugi asfaltowy przelot do Jordanowa. Tu akurat ktoś beznadziejnie wymyślił szlak na dłuższym odcinku już na etapie jego projektowania. Jest nieciekawie i nużąco. Ale cóż poradzić, wreszcie jest Jordanów. Łóżko, ciepły prysznic i nawet telewizor(!). Dziś 73,5 km w 14,5 h.
6 dzień
Cieszę się. Wypocząłem, stopy mają się lepiej, w paśmie Polic jeszcze nie byłem a potem będą piękne i dobrze znajome góry: Babia i Pilsko. Pogoda wciąż super, będzie ładny dzień. Przedostatni! Przez pasmo Polic na Krowiarki dobiegam w świetnej formie i z dobrym czasem. Tylko na zbiegu na przełęcz trochę poczułem ścięgno u prawej nogi. Ale na Babią wchodzę szybko i bez problemów. Koło południa jestem już na szczycie. Super. Ale fajnie dziś się leci.
Na szczycie, co prawda, jak zwykle gwiździ, ale urządzam sobie trochę relaksu, podziwiania widoczków, profilaktycznie smaruję to ścięgno maścią i zaczynam schodzić. Ale co to? Strasznie mnie ta prawa noga napiernicza. Zobaczymy, może się rozrusza. Na Markowych już wiem, że się nie rozrusza. Ledwo jestem w stanie iść, muszę jakoś strasznie krzywo stawiać stopę. K..wa, nie wziąłem środków przeciwbólowych. A goprowiec gdzieś sobie właśnie poszedł. Trudno spróbujemy iść dalej. Szlak jak zwykle zamknięty z powodu osuwiska, ale kto by się tym przejmował, mam większy problem. Bez kitu, ledwo idę, nie wiem co będzie dalej. Opracowuję technikę przemieszczania się ze stopą mocno wykręconą na zewnątrz, żeby ścięgno nie pracowało i nawet jako tako się przemieszczam. Chwilami nawet w ten sposób truchtam! Wygląda to idiotycznie, ale kto mnie zobaczy. Co jakiś czas, gdy straszny ból wraca, maść znów idzie w ruch, i jakoś, nawet z niezłym czasem docieram do przełęczy Glinne z przejściem granicznym. Panie w sklepikach trochę się dziwnie patrzą, bo jakiś pokrak ledwo przykuśtykał i już od progu pyta o coś przeciwbólowego. W zasadzie bardziej chodziło mi o działanie przeciwzapalne, ale jakby bólu ubyło też nie zaszkodzi. Zaczynam podchodzić na Pilsko. Ulga. Na podejściach ścięgno mniej pracuje i mogę w miarę normalnie iść. Byle ostrożnie. Ale spokojnie mogę powiedzieć: Apap to gówno i dwa apapy to też gówno. Ból nie ustępuje a na odcinku od Miziowej do Rysianki nawet narasta. Zejścia po koszmarnych, wysypanych tłuczniem skalnym odcinkach, to tragedia. Z niewiadomych przyczyn tempo jednak utrzymuję dobre. Jakby ktoś tam na górze nie zauważył, że mam problemy i ciągle przewijał taśmę z górami z tą samą prędkością. Wreszcie jest Rysianka. Wykorzystałem dziś chyba całe wiadro endorfin. Stan nogi mogę opisać w ten sposób: Mam protezę stopy, którą w ogóle nie mogę ruszać, jeśli źle ją postawie, wrzyna mi się w kikut nogi. W efekcie 74 km w 15 h.
7 dzień

Poranek na Rysiance
Rano budzik zadzwonił a ja nie chciałem wstawać. To znaczy wiedziałem, że pójdę dalej niezależnie od swojego stanu, za daleko już zaszedłem. Bałem się jednak dowiedzieć w jakim stanie jest moja noga. Wreszcie heroicznie podnoszę się i stwierdzam, że co prawda nie jest lepiej, ale nie jest też gorzej. Jeśli wczoraj dałem radę pół dnia, to dziś dam radę cały dzień. Co prawda dziś już endorfiny nikogo nie oszukają i nie dam rady potruchtać, ale jakoś idę. Technika ze stopą na zewnątrz z jakichś powodów już nie działa, ale za to działa beznadziejnie niewygodna technika ze stopą prostopadle do wewnątrz. I jakoś się idzie. W połowie strasznie długiego zejścia do Węgierskiej Górki zahaczam nogą o korzeń i wydaje mi się, że zaraz wyjdę z siebie z bólu, ale sporo maści później stwierdzam, że jakoś pójdę. No więc idę. Kuśtykam jak kombatant przez Węgierską, ludzie się dziwnie gapią, ale co tam. Idę. To jest ważne.
Potem wejście na Baranią. Znowu marzę o tym, żeby do końca były już tylko same podejścia, bo na nich mniej boli i mniejsza jest szansa na potknięcie.
Ale to się niestety szybko kończy i znów trzeba schodzić. Tu zresztą śmiesznie, bo ja totalnie nie pamiętałem którędy dokładnie ten szlak idzie już do końca i każdy kolejny punkt na tabliczkach przyjmowałem z radością. Droga mi się coraz bardziej klarowała. Ostatni raz byłem tam sto lat temu i wyczucie dystansu miałem zerowe. Skupiłem się więc na drobnych celach. Byle tylko dotrzeć na kolejny punkt pośredni na tą i na tą godzinę. Już nie ścigałem się tak z PTTKowskimi czasami. Cieszyłem się, że ich nie przekraczam i że nawet czasem je wyprzedzam (tylko na podejściach).
Tuż przed Kubalonką znów zahaczyłem o coś nogą. I już po chwili siedziałem na glebie trzęsąc się ni to z bólu, ni to ze strachu, że to już koniec. Znów smarowanie maścią, guma do żucia w zęby, żeby nimi nie zgrzytać i dalej. Powoli. Do przodu. Jakoś dawałem radę. I byłem coraz bliżej. Nie wycofałbym się już za nic. Doszedłbym na samych kijkach trekkingowych, gdyby trzeba było. Za Stożkiem przyspieszyłem na ile było to możliwe, by wykorzystać ostatnie chwile dnia. Ból po całym dniu przestawał dla mnie istnieć. Stał się tępy, jakby naturalny i został częścią mnie. Jeśli tylko nie postawiłem krzywo nogi...
Na Czantorii wiedziałem, że finiszuję, że dam radę skończyć. Co prawda przede mną było jeszcze koszmarne zejście stokiem narciarskim do Ustronia-Polany i bzdurne wejście na Równicę, ale czymże to było w porównaniu z całym dniem walki. Wreszcie wszedłem przed północą do Ustronia, przemaszerowałem przez niego ostatnie kilometry (jakie to było wk..wiające...) i wreszcie stanąłem na zadupiu przy stacji kolejowej pod tabliczką oznajmiającą, że to już koniec. 76,8 km w 18,5 h.

To już koniec

Kolejny akt wandalizmu
Nie krzyczałem z radości, nie czułem euforii, że mi się udało, że zrobiłem coś dużego. Po prostu stałem tam. Nagle nie miałem dokąd iść. Mały, niepełnosprawny człowieczek w śmiesznych ciuchach stał w środku nocy na jakimś zadupiu i nie miał co ze sobą zrobić. Jak Forest. Rozejrzałem się po okolicy i stwierdziłem: „Jestem zmęczony. Wracam do domu”
REFLEKSJE
Tak naprawdę, mimo tygodnia spędzonego w samotności, wiele nie myślałem. Znacie to na pewno z długich wybiegań. Wszystkim się wydaje, że jak człowiek tak biegnie to ma mnóstwo czasu i przemyśli sobie różne ważne sprawy. A to nie prawda. Człowiek staje się rytmem, staje się oddechem, chwilą bieżącą. Nie zastanawia się nad kredytem mieszkaniowym i pracą domową. Czasem dochodzi się raczej do jakichś ogólnych refleksji. Po prostu przychodzi taki stoicki spokój, biegniesz sobie i przyswajasz wszystko, co śle do Ciebie otoczenie. Wszystko jest proste.
Mimo strasznego, chwilami, bólu, byłem cały czas szczęśliwy. Cały czas sprawiało mi przyjemność to, co robiłem. Poprzednie problemy z odciskami stały się niczym, gdy przyszły problemy ze ścięgnem. Kiedyś te problemy ze ścięgnem też staną się nieważne, nie pozwoliłem więc, by mną zawładnęły. Być może narobiłem tym sobie problemów, rozsądniej byłoby odpuścić, ale jestem zadowolony, że tego nie zrobiłem. Ani przez chwilę nie przeszło mi to nawet przez głowę.
To było świetne uczucie. Miałem swój szlak, swój cel. Świat się wyprostował, priorytety były jasne, wszystko inne było nieważne. Gdyby szlak był dłuższy poszedłbym dalej. Bo to była moja droga. To brzmi strasznie nadęcie, bo przecież biegłem tylko jakimś tam czerwonym szlakiem, zupełnie bez sensu. Ale wiem, że poza napieraniem, sportem, zabawą, każda z takich imprez to dla nas wszystkich długodystansowa droga nie tylko w przestrzeni, ale też w głąb siebie.
Czytałem kiedyś fragmenty pamiętników Marka Kamińskiego z wypraw polarnych i on napisał tam świetną rzecz, która przypomniała mi się teraz. Chodziło o to, że on na wyprawach nie jest samotny, bo ma swoich przyjaciół: prymus, śpiwór, narty itd.
Ja też zrobiłem sobie teraz dwójkę wielkich przyjaciół i wielkie dla nich dzięki. Dzięki wam kijki trekkingowe.
KONKRET
Było trochę pytań o sprzęt i konkrety, więc odpowiem. Wszystko sprawiło się świetnie. Bardzo pomogła świetna pogoda, ale to przecież nie wystarcza.
Moje treningowe Asicsy okazały się wyborem dobrym, złym i na końcu oczywiście brzydkim. Nie zafundowały mi odcisków tam gdzie się ich najbardziej obawiałem, choć zafundowały w kilku innych miejscach. Nie obtarły mnie i nie rozpadły się do końca wyjazdu, mimo, że to nie ich teren. W ogóle nie warto tego problemu roztrząsać, bo buty to sprawa bardzo indywidualna, ale na przyszłość na taki wyjazd rozważyłbym but następującego typu: wodoodporny but trailowy (jakiś z GTXem) z dobrą amortyzacją + krótkie getry. Poranna rosa, błoto i kałuże po zwózce drewna, to poważny problem, bo skóra mokrych stóp dużo łatwiej się uszkadza (głównie na zbiegach). Takie buty mogłyby przed tym uchronić. Pytanie tylko, czy się człowiek w tym nie zaparzy. Poza tym nie znam buta, który by spełniał moje warunki.
Na drugi raz nic bym chyba nie dodawał do tego, co wziąłem (patrz początek). Może ze dwie pary skarpet więcej, na wypadek mokrej pogody (ale wtedy, to i tak nic nie pomoże). Mały plecaczek z kamelem w zupełności wystarcza i pozwala zachować lekkość i mobilność. Dostęp do żarcia i noclegów jest w zasadzie wszędzie, więc nie ma co zawracać sobie tym głowy w przygotowaniach. Wystarczy wziąć kasę i wio.
Ja poleciałem na żywioł i teraz mogę powiedzieć, że przy lepszym zaplanowaniu i jak bym bardzo chciał, miałbym szansę przy tej formie uciąć z tego jeden dzień. Ktoś silniejszy mógłby to zrobić jeszcze szybciej. Pytanie, czy się będzie miało farta i nie posypie się, tak jak ja. Ja sobie narobiłem kontuzję, z której będę jeszcze jakiś czas wychodził, nie wiem, na ile poważną. Zdarza się. Chciałbym, żeby coś mi się wreszcie udało tak od początku do końca bez grubszych problemów, ale skoro tak się nie da, to jestem przygotowany, że z problemami trzeba się pogodzić i mimo nich robić swoje najlepiej, jak się da. Przy takim wyjeździe wydaje mi się, że brak dużych problemów graniczy z cudem i bez bólu się nie obejdzie. To tak ku pamięci ewentualnych naśladowców.
Czyli: świetna wycieczka, wspaniała przygoda, ale nic za darmo.

Komentarze